Historie Prawdziwe

Tutaj możesz poznać historie osób, które mi zaufały i postanowiły zaprosić mnie do swojego życia.

Tutaj możesz poznać historie osób, które mi zaufały
i postanowiły zaprosić mnie do swojego życia.

Syndrom twardej babki

Och, jaka ze mnie zawsze była twarda babka! Odporna, zaradna, pracowita. Byle czego się nie bala, motocyklem jeździła, jak trzeba było młotem pneumatycznym kuła i wcale nie płakała. Ba! ja nawet byłam z tego dumna! Życie mnie ćwiczyło do tego od najmłodszych lat. dziecko z wpadki, nieplanowane i niezbyt chciane. Do tego szybciutko pojawił się młodszy brat. Ojciec na zmianę pił, bił, rozrabiał, znikał, a potem przepraszał i nastawała sielanka. Były i zniknięcia taty na długie miesiące, rewizje policji w domu, awantury domowe z interwencją policji albo naszym uciekaniem przez okno. Były też wspólne biwaki, ogniska i nauka gry w szachy. Było i oglądanie pornosów z sześciolatką. Dyscyplina wisząca na ścianie i absolutny zakaz płakania jak ojciec bil. Ciotki i wujkowe zawsze traktowali nas z niechętną litością – niedaleko pada jabłko od jabłoni, czegoż się po nich spodziewać.  Za wszystkie kłopoty w które się pakowaliśmy z kuzynami byłam winna ja i mój brat. Mama nas nigdy nie broniła, chyba trochę się z ta opinią zgadzała. Nauczyciele i sąsiedzi zwykle wiedzieli więcej niż my – że ojciec siedzi albo romansuje na melinie. Protekcjonalnie i z politowaniem głaskali po główce. Znajome dzieciaki na zmianę dokuczały albo izolowały. Szybko nauczyłam się nie okazywać słabości, liczyć tylko na siebie i bardzo, bardzo się starać. Zwłaszcza, że byłam najstarsza siostrą z czwórki rodzeństwa, a matka w końcu się z ojcem rozwiodła. 

Życie zaczęło być spokojniejsze. Robiłam wszystko, co trzeba, a nawet więcej. Robiłam, brałam odpowiedzialność i wspierałam, a w środku rósł gniew, ból i bunt. Przez cale lata tak bardzo się starałam! A życie i tak bolało… 

Na, ale przecież byłam twardą babką! Pewna siebie, niezależna, wyszczekana, odważna. Odnosiłam sukcesy, stawiałam czoła wyzwaniom, rzucałam na przygody, byłam popularna i lubiana, otaczałam się ludźmi. Kolorowa, niezwykła, ambitna, zwariowana – ale też odpowiedzialna, godna zaufania, zawsze pomocna, skłonna do poświeceń.

Każdy związek w jaki się wpakowałam okazywał się zły. Zły dla mnie. Oni okazywali się słabi i interesowni. Ja dawałam z siebie wszystko, a nawet więcej. Z czasem każdy z moich cudownych królewiczów, który miał mnie uratować i chronic, okazywał się slaby i to  ja musiałam dbać o nich. Emocjonalnie, finansowo i fizycznie. Och, a dawać, dbać, ratować, poświęcać się, organizować, uszczęśliwiać pracować i zapominać o sobie to ja naprawdę umiałam! Wiec robiłam to, dbając o 4 dzieci, męża, psy, koty, ogród, prace, studia….

 Za wszelką cenę starałam się przekuć wszystkie typowe cechy DDA w pozytywy. Naprawdę, byłam z tego dumna, wciąż jestem.

Z czasem baterie w niezniszczalnej Majce zaczęły się wyczerpywać. Depresja mnie nieustannie doganiała. Ból istnienia, niepojęty strach, poczucie bycia niekochana, niedoceniana i używana dusiły mnie i rozrywały od środka. Po 13 latach małżeństwa z pasożytem uwolniłam się. Powoli zaczęłam stawać a nogi, ale tylko pozornie. studia, praca, dom – to co było widoczne zaczynało wyglądać coraz lepiej… ale w środku…

W środku mnie była jedna wielka rana, ból, niemy krzyk, płacz, strach i żal. Żal, żałość, nieutulona żałoba za czymś utraconym …

W końcu miałam dość. Nie umiałam być szczęśliwa. Nie umiałam dbać o siebie, kochać siebie, nie wiedziałam jak żyć, skąd brać sile, jak przeżyć kolejny dzień…

Kiedy zaczęłam spotykać się z Edytą na początku wcale nie było łatwo. Było nawet gorzej. Wodospady niewypłacanych łez wreszcie znalazły ujście. Niekochana Majeczka nareszcie pozwoliła sobie na żal, ogromny żal niekochanego dziecka. To dorosła ja zaczęła kochać Majeczkę. Wybaczać jej. Pozwalać być smutna. Akceptować, pocieszać, chwalić i nagradzać. Dorosła ja odważyła się wykrzyczeć swój gniew, wściekłość i odrazę do ojca. Dorosła ja powiedziała matce jak bardzo cierpiała. Zrobiłam to tylko w swojej głowie, wyobrażając sobie, że robię to naprawdę, że dorosła ja pojawiam się i staje w obronie małej siebie.  Majeczka długo się opierała, nie ufała mi, buntowała się. Ale nareszcie uwierzyła, że ją bezgranicznie kocham. Że może mi zaufać. Że jej dobro jest dla mnie najważniejsze. Że może przestać być twarda babką, że może mieć gorszy dzień, może się smucić, że nie musi się tak strasznie starać bo i tak zasługuje na wszystko co najlepsze! 

A mała Majeczka i dorosła Majka to przecież ja.

I tak zaczęłam wychodzić z mroku. Żyć na nowo. Kochać siebie. Rozumieć i być wyrozumiała. To dopiero początek, ale wiem, że to właściwa droga. Mogę być szczęśliwa. Będę szczęśliwa. Jestem szczęśliwa.

To wszystko nie byłoby możliwe bez Edyty. Ona odważyła się wejść w okropność mojego dzieciństwa, prowadziła mnie za rękę, pokazywała, w którą stronę iść. Ja musiałam odnaleźć sama siebie, a ona była to przewodnikiem, to latarnia w mroku, to lina ratunkowa. Wiedziała, kiedy mnie zachęcać, nawet naciskać, a kiedy odpuścić i dać wytchnienie. Jej ogromna intuicja, empatia i zaangażowanie pozwoliły mi przepłynąć  ten ocean ciemności. Była i jest dla mnie jak latarnia morska.

- Maja

Czy Ty również pragniesz zacząć NaNowo?

Czy Ty również pragniesz zacząć NaNowo?