Klucz

Potrzeba, by w sobie coś zmieniać towarzyszyła mi od zawsze. Już w czasach szkolnych lubiłam zaczynać nowe życie.

Robiłam szczegółowe plany zajęć i nauki. Obiecywałam sobie solennie, że od jutra będzie zupełnie inaczej. Zacznę ćwiczyć, sprzątać w pokoju i regularnie się uczyć. Jak łatwo się domyślić nic z tego nie wynikało. Nic poza frustracją i pretensjami do siebie.

Nie dawałam rady. Wystarczało najmniejsze potkniecie, bym przestawała wierzyć w sukces.

Z wiekiem doskonaliłam techniki samodyscypliny. Czytałam mądre książki, tworzyłam dobre nawyki, wyznaczałam cele blisko i dalekoterminowe. Chciałam być mistrzem w organizacji czasu. Metody były coraz doskonalsze, ale ja wciąż tkwiłam w tym samym miejscu. Coraz bardziej zniechęcona do siebie i zrezygnowana.

Byłam swoim największym rozczarowaniem.

Jeśli ktoś ośmielił się zwrócić mi na cokolwiek uwagę, zalewałam się łzami i poddawałam się zupełnie, bezlitośnie sobie przy tym dokupując. Nie rozumiałam, czemu nie potrafię sprostać tym swoim doskonałym planom. Byłoby przecież cudownie, gdybym umiała zastosować je w życiu. Nie umiałam…

Walka ze sobą prowadziła jedynie do coraz większej niechęci do siebie. Chciałam być doskonała, a byłam beznadziejna. Ten proceder trwał długie lata. Dopiero, kiedy sobie odpuściłam, nastąpiła zmiana. Kiedy przestałam na sobie wymuszać właściwe podejście do działania, ono przyszło samo.

Co się zmieniło? Właściwie wszystko.

Posłużę się przykładem walki z nadwaga, bo jest to temat, który przerabiałam wiele razy.

Diety cud i poranne treningi naprzemiennie z lodami i ciastem i serialami. Motywacja słabła szybko i uznawałam, że i tak na pewno się nie uda, więc na pociechę fundowałam sobie solidną porcję serniczka lub dwa paczki. Wiecznie byłam niezadowolona ze swojej wagi i wyglądu.

W niedalekiej przeszłości przechodziłam pierwsze po swojej wewnętrznej metamorfozie odchudzanie

Podejście miałam zupełnie inne. Chciałam sobie podarować możliwość zgubienia kilogramów. Nie atakowałam siebie, nie chciałam sobie niczego zabierać czy odmawiać. Szło mi świetnie. Nie musiałam ze sobą w ogóle walczyć. Troskliwie przygotowywałam sobie posiłki, dbając by moja dość radykalna dieta była smaczna.

Okazało się, że treningi, które nie należały do lekkich przynosiły mi radość i poczucie satysfakcji. Byłam z siebie dumna. Co za odmiana?! Przyczyna tego stanu rzeczy jest najprostsza z możliwych…

Byłam dla siebie wyrozumiała i serdeczna. Wspierałam siebie i akceptowałam swoją niedoskonałość. Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Zadziwiające, a jednocześnie logiczne. Można??? Można!!!

Miłość jest kluczem.

Dodaj komentarz